Scroll to top

Wojna o butelkę


No comments

W ciągu roku spędzam przynajmniej trzy miesiące w podróży. Samochód, samolot, pociąg. Różne kraje, różne kontynenty. Jeśli piję, to zwykle wodę, dlatego często wożę ze sobą butelkę na wodę, ale przyznaję się – równie często zdarza mi się o niej zapomnieć i idę do sklepu. Za każdym razem, kiedy sięgam po butelkę czuję się jak frajer.

Po pierwsze, wiem, że wyprodukowałem śmieci, które w najlepszym razie skończą na wysypisku, a w najgorszym – w rzece lub lesie. Recykling w Polsce mamy na bardzo niskim poziomie, w branży wód butelkowanych wynosi ok. 20% i to najwyższy wskaźnik w kraju.

Po drugie, wiem, że dałem się oszukać. Tym wszystkim kolorowym etykietom, obietnicom wiecznego zdrowia, bycia fit i krystalicznie czystym źródłom. Te „nietknięte źródła” to często kranówka. W Stanach Zjednoczonych od 25% do 50% butelkowanej wody pochodzi z kranu.

Po trzecie, wiem, że słono przepłaciłem. Woda butelkowana jest nawet 2000 razy droższa niż kranówka.

Razem ze mną, firmy typu Coca-cola, Żywiec Zdrój czy Pepsi, nabijają w butelkę miliony innych Polaków. Tylko w 2015 roku kupiliśmy 3,2 mld litrów wody butelkowanej. Wydaliśmy na nią 4,9 mld złotych i ten trend ciągle rośnie. W 1990 r. piliśmy 22 l wody butelkowanej rocznie, w 2015 r. już 184 litry. Dlaczego?

Mieszkam w starej kamienicy w Warszawie. I pomimo tego, że urzędnicy regularnie przekonują mnie, że warszawska „kraniczanka” spełnia normy nawet wyższe niż woda w butelkach, to patrzę na nią z podejrzeniem. Zostawia kamień na czajniku i ekspresie do kawy, czasami jest brązowawa i zdarza się, że można w niej wyczuć chlor. Podobnie jest w innych domach w Polsce. Ale okazuje się, że wszyscy doświadczamy tego samego: naturalnych, niegroźnych procesów.

Woda zostawia kamień ze względu na obecność ważnych dla naszego zdrowia składników mineralnych. Gdyby nie one, skończylibyśmy w szpitalu. Ten osad to wapń, magnez i żelazo. Suplementy, które najczęściej kupujemy w aptece. Z problemem „braku” osadu w wodzie borykali się przez wiele lat Finowie mieszkający w północnej Karelii. Z ich kranów leciała miękka, polodowcowa woda pozbawiona minerałów (i nie zostawiającą kamienia na naczyniach). Efekt? Najwyższy na świecie odsetek zgonów z powodu chorób serca i raka płuc. W 1972 r., na polecenie rządu, kranówkę zaczęto uzupełniać minerałami. Po 30 latach akcji, średnia długość życia mężczyzn wzrosła z 65 do 73 lat, a liczba zgonów spowodowanych chorobami układu krążenia spadła o 82%.

Kranówka rzeczywiście może mieć czasami brązowy kolor. Zwykle zdarza się tak rano, po remoncie albo w wakacje, kiedy sieć wodociągowa ma więcej przestoju niż ruchu. Ten brązowy kolor to żelazo obecne w wodzie. Co prawda nie jest ono dla nas niebezpieczne, ale nikogo nie pociąga picie brązowej berbeluchy. Co wtedy zrobić? Odczekać. Odpuścić trochę wody, osad spłynie i wypić, kiedy woda już będzie przejrzysta.

Ostatnim problemem jest chlor, który jest dodawany do wody ze względów sanitarnych. Rzeczywiście nawet jego niewielka ilość może być wyczuwalna w smaku. Akurat moja kranówka nie ma tego problemu, ale rozumiem, że w innych domach może być inaczej i picie wody zalatującej basenem nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.

Firmom produkującym wodę butelkowaną bardzo zależy na tym, żeby przekonać nas, że kranówce nie można ufać. I rzeczywiście, jeszcze w latach 90-tych jej jakość mogła budzić wątpliwości. Ale dzisiaj, dzięki modernizacjom ujęć wody i sieci wodociągowych, sfinansowanych przez UE, kraniczanka może spokojnie stawać w szranki z butelką. Dzisiaj pije ją już 46% mieszkańców miast, z czego 28% nieprzetworzoną, a 18% filtrowaną (które niestety, tak samo jak gotowanie, pozbawia wody składników mineralnych).

Jeśli macie wątpliwości czy Wasza kranówka nadaje się do picia, możecie przekazać ją do badania, tak jak zrobiła to Irena Cieślińska, dziennikarka naukowa. Okazało się, że jej woda ze studni ma podobną jakość do mineralki w butelce: ok. 72,2 mg/l wapnia i 7,1 mg/l magnezu. Każdy litr kosztuje ją 2000 razy mniej niż woda ze sklepu i nie musi już kupować suplementów.

 

Autro: Łukasz Długowski

Zobacz także...

Post a Comment